Strona główna
  Życiorys

  Pisma ks. Ziei
  Relacje
  Artykuły
  Wydarzenia
  Kwartalnik
  Kontakt >>>
  


  


  

Matka Andrzeja Górska
Służył niezmordowanie

Wiadomość o śmierci księdza Jana Zieji rozeszła się szybko po całej Polsce i po świecie dzięki środkom masowego przekazu. Prasa, radio, telewizja podawały przez wiele dni nie tylko informacje dotyczące długiego życia księdza Zieji i jego różnorodnej działalności duszpasterskiej, ale również przytaczały wspomnienia i refleksje wielu osób z nim zaprzyjaźnionych. Pragniemy, by i w "Szarym Posłańcu" nie zabrakło przypomnienia serdecznych więzi, które od roku 1935 aż do chwili jego śmierci w październiku 1991 roku łączyły księdza Zieję z naszą rodziną zakonną, a w sposób szczególny z Szarym Domem w Warszawie. Sięgnijmy jednak do początków.

W roku 1935 ordynariusz diecezji pińskiej, ksiądz biskup Kazimierz Bukraba, widząc dobre perspektywy dla pracy misyjnej na Polesiu, zaproponował księdzu Zieji stała współpracę duszpasterską z matką Urszulą Ledóchowską. Dla naszej Założycielki ta pomoc kapłańska była wielkim darem Opatrzności i znakiem, że miłe są Panu Bogu te małe dwu i trzyosobowe placówki apostolskie, które zaczęły powstawać coraz liczniej w najbardziej zaniedbanych zakątkach Polesia, całkowicie pozbawionych kościoła i kapłana.

Ksiądz Zieja dojeżdżał kolejno do wszystkich tych maleńkich placówek z posługą kapłańską, z której korzystały nie tylko siostry, ale i okoliczna ludność przybywająca nieraz z odległych stron. Od lipca 1937 roku powstał większy ośrodek urszulański w Mołodowie, w majątku ofiarowanym Zgromadzeniu przez rodzeństwo Skirmunttów. Ksiądz Zieja objął tam obowiązki stałego kapelana dla wspólnoty zakonnej, liczącej ponad dwadzieścia sióstr, i duszpasterza - "proboszcza" dla okolicznej ludności. W promieniu ponad dwudziestu czterech kilometrów nie było ani kościoła, ani księdza, choć wśród ludności tamtejszej nie brakowało rodzin katolickich. Wkrótce ksiądz Zieja zasłynął jako ukochany pasterz tej rozległej "parafii", w skład której wchodzili nie tylko katolicy, ale także prawosławni oraz wyznawcy wielu szerzących się na Polesiu sekt, zwłaszcza baptyści.

Do Mołodowa posłała mnie matka Urszula Ledóchowska jako postulantkę w lipcu 1938 roku. Wiedziałam, że jadę do pomocy w prowadzeniu gospodarstwa rolnego i leśnego oraz do pomocy w różnych pracach apostolskich. Nie przypuszczałam jednak, że znajdę ich tam tak wiele i tak różnorodnych. Siostry urszulanki weszły szybko w tamtejsze środowisko poprzez pracę z najmłodszymi dziećmi w przedszkolach (jedno było zorganizowane w majątku, drugie we wsi) i kontakty z matkami, poprzez opiekę nad chorymi za pośrednictwem ambulatorium pielęgniarskiego i świadczenie pierwszej pomocy lekarskiej w domach, poprzez pracę katechizacyjną i prowadzenie świetlicy oraz poprzez pracę w gospodarstwie.

Wkrótce zorientowałam się, że duszą tętniącego życia i radością Mołodowa jest ksiądz Zieja. To właśnie on - jak powtarzali wszyscy wokół - wespół z matką Ledóchowską i z pomocą młodziutkiej siostry Franciszki Popiel oraz gromadką sióstr odmienił w ciągu roku oblicze Mołodowa. Był - śmiało to można powiedzieć - wszystkim dla wszystkich: kapłanem, nauczycielem, wychowawcą, ojcem, bratem i przyjacielem. Głosząc dobrą i radosną nowinę o Bogu i o człowieku, dawał całym swoim życiem świadectwo Ewangelii. Uczył nas kochać Boga i ludzi. Uczył modlić się. Na spotkania modlitewne garnęli się wszyscy, zwłaszcza na Msze Święte odprawiane codziennie w Mołodowie lub w małych wspólnotach misyjnych, czasem pod gołym niebem czy w ciasnych izbach poleskich. Wiele osób przychodziło do spowiedzi, które - jak mówili - do końca życia pozostają w sercu i pamięci, albo żeby choć wspólnie odmówić "Ojcze nasz", bo "ksiądz tak ładnie tłumaczył, co znaczą te słowa".

Służył niezmordowanie, zawsze z wielką godnością, a jednocześnie z prostotą i pogodną łagodnością. Dobry, przystępny dla dzieci i starszych, dla zdrowych i chorych, których często w domach odwiedzał i zaopatrywał na ostatnią drogę do wieczności. Bezgranicznie dobry i serdeczny był dla smutnych i biednych, z którymi dzielił się nie tylko sercem i współczuciem, ale także odzieżą, pościelą i żywnością - wszystkim cokolwiek miał na sobie czy w swoim ubożuchnym mieszkaniu.

Był też ksiądz Zieja utalentowanym nauczycielem i wychowawcą. Miał w Mołodowie trzy swoje szczególnie ukochane dzieła: Pierwsze - to gimnazjum. Żal mu było wiejskich chłopów, którzy, podobnie jak on sam kiedyś w rodzinnej wsi Osse, chcieli się dalej uczyć, apo ukończeniu szkoły powszechnej nie mieli żadnych ku temu możliwości. Prosił więc, aby się do niego zgłosili, a on będzie ich uczył. Zanosiło się, że kandydatów będzie sześciu. Tymczasem na ten apel zgłosiło się dwudziestu czterech chłopów i dwie dziewczyny. Na ich naukę poświęcał ksiądz Zieja trzy-cztery godziny dziennie. Przerobili w półtora roku program III i IV klasy gimnazjum, łącznie z łaciną. Wszyscy uczyli się z ogromnym zapałem i wytrwałością. Powołanie księdza Zieji do wojska na kapelana pod koniec marca 1939 roku przerwało tę pracę. Drugim dziełem bliskim serca księdza Zieji był uniwersytet ludowy dla gospodarzy z Mołodowa. Zbierali się w każdą niedzielę po południu w izbie szkolnej, wypełniając ją po brzegi. Siedzieli w kożuchach, bo nie było szatni, a izba była niewielka. Z własnego wyboru zapragnęli czytać z księdzem Pismo Święte, ale z objaśnieniami i dyskusją. Byli spragnieni wiedzy o świecie, o Bogu, o życiu, mieli swoje problemy, pytania, wątpliwości. Zarówno ksiądz jak i słuchacze byli niestrudzeni. Zajęcia kończono, gdy gasła lampa naftowa z powodu braku tlenu, bo w izbie nie było otwieranych okien. Trzecie dzieło to Koło Przyjaciół Bożej Radości, skupiające sporą gromadkę dorastającej młodzieży, zagubionej i nie widzącej przed sobą przyszłości w trudnych i smutnych przedwojennych czasach na Polesiu. Koło to prowadził ksiądz Zieja wspólnie z siostrą Franciszką Popiel. Młodzież uczyła się szukać Bożej radości w poznaniu świata i jego piękna, w odnajdowaniu sensu ludzkiego życia, a więc i własnego, w oparciu o ewangelię, przez czytanie jej i komentowanie. Sięgano również do literatury i sztuki. Powstał chór i teatr amatorski. Ksiądz Zieja i w tym wypadku okazał się najwspanialszym animatorem, reżyserem, a przede wszystkim niezwykłym entuzjastą!


Następny etap kontaktów księdza Zieji ze Zgromadzeniem to lata okupacji. Tkwiąc głęboko w pracy konspiracyjnej, rozległej i różnorodnej, miał ksiądz Zieja na Wiślanej swoją "dziuplę" - pokój do dyspozycji w mieszkaniu siostry dr Zofii Wojno, w którym przyjmowała pacjentów. W razie potrzeby lub w sytuacji zagrożenia zatrzymywał się tu Ojciec - bo tak już wówczas nazywałyśmy księdza Zieję. W tym czasie współpracował Ojciec z panią Krystyną Żelechowską, która również była zaangażowana w pracę konspiracyjną. Więzy przyjaźni przetrwały długie lata. Gdy ksiądz Zieja ciężko zachorował, pani Krystyna troskliwie się nim opiekowała, mieszkała również na Wiślanej.

Po śmierci pani Krystyny opiekę nad księdzem Zieją, coraz słabszym, przejęły siostry troszcząc się o wszystkie jego potrzeby. Od bardzo wielu lat opiekowała się Ojcem siostra Maria Jacukowicz, wiernie towarzysząc Ojcu do jego śmierci. Przez ostatnie lata pomagałyśmy Ojcu również w jego rozległej korespondencji w utrzymywaniu kontaktów z licznymi przyjaciółmi w kraju i za granicą.

Tuż po wojnie, gdy ksiądz Zieja znalazł się na Ziemiach Odzyskanych, współpracował ze Zgromadzeniem w Słupsku. Okres ten wspominał często i serdecznie.


Ksiądz Jan Zieja do końca życia pozostał sobą - takim, jakim dał się poznać przed przeszło pięćdziesięciu laty w Mołodowie - godny swego powołania kapłan, duszpasterz, rozmiłowany w wiedzy i mądrości, entuzjasta Boga i człowieka, do ostatnich chwil zainteresowany światem, Ojczyzną i wszystkim, co się wokół niego działo.

W ostatnich latach, gdy siły coraz bardziej słabły, gdy tracił stopniowo wzrok i słuch, gdy przez kilka miesięcy nie mógł nawet czytać, nigdy nie poskarżył się ani jednym słowem na swój los. Coraz bardziej pogrążał się w Bogu, w wypełnieniu Jego woli do końca i w coraz większej samotności... Cieszył się jednak wszelkimi dowodami ludzkiej życzliwości i pamięci, każdymi odwiedzinami, każdym listem. Nawet gdy sam już nie mógł pisać ani czytać prosił, by te listy były przy nim, w zasięgu ręki, tak jakby uważał je za znak czyjejś bliskości. Był do końca wiernym i miłującym przyjacielem chyba wszystkich ludzi. Najczulej i do ostatnich dni wspominał swoją matkę, rodzinną wieś i tych wszystkich, którzy pomogli mu zdobyć wykształcenie i dojść do kapłaństwa. Za najmniejsze dobro, za każdą posługę serdecznie dziękował. O nic nigdy nie prosił - może tylko o to, żeby nie zostawiać go samego, zwłaszcza gdy opuszczały go coraz bardziej siły, co jednak znosił z heroicznym poddaniem się. Kiedy już nie mógł czytać ani słuchać radia, prosił o wiadomości. Pragnął wiedzieć co się dzieje w świecie, w Ojczyźnie, w Kościele, co słychać w domu i u Ojca Świętego. Brał te wszystkie sprawy i osoby w swoje serce i modlił się za cały świat. Gdy przechodził moment szczególnej słabości i zdawało się, że Ojciec traci kontakt z rzeczywistością, wtedy "wyruszał w drogę". Celem tych "podróży" były niezmiennie: Ziemia Święta i Rzym - dwie jego wielkie miłości. A potem znów szybko chciał wracać do domu i upewniał się, że już w nim jest - w Warszawie, na Wiślanej. Czasem zdawało się Ojcu, że ma coś pilnego do zdziałania, że ludzie na to czekają. I wtedy "wygłaszał kazania" z właściwą sobie gestykulacją i mocą. Słów nie można już było zrozumieć poza tymi powtarzającymi się zdaniami: "Dlaczego ludzie nie zachowują prawa bożego?" i: "Trzeba szanować każde życie. Nie wolno zabijać nigdy, nikogo".

Od wielu lat stałym pożegnaniem Ojca z przyjaciółmi i domownikami były słowa: "Idziemy do Boga", wypowiadana zawsze świadomie, z wiarą i radośnie. Te właśnie słowa usłyszałam przy ostatnim pożegnaniu z Ojcem. Siostrze Marii dopowiedział w ostatnich dniach jeszcze dwie myśli: że "cierpienie jest największą łaską" i że "idziemy do Boga, ale to daleka droga". Gdy Ojciec, będąc już bardzo słabym, sprawiał mimo to wrażenie ogromnie radosnego, na pytanie, z czego tak się cieszy, odpowiedział z najpiękniejszym uśmiechem: "Cieszę się Bogiem".


Matka Andrzeja Górska. "Ks. Jan Zieja i jego współpraca z bł. Urszulą oraz Zgromadzeniem Sióstr Urszulanek SJK w latach 1935-1991". "Szary Posłaniec" Nr 56; 1991

Koszalin 2005 | www.zieja.ovh.org | Emilia Rogowska | Webmaster: Przemek